Jan Wróbel (ur. 1964) – publicysta, historyk, nauczyciel historii w I Społecznym Liceum Ogólnokształcącym „Bednarska” i Bednarskiej Szkole Realnej. Autor m.in. książek: Jak przetrwać w szkole i nie zwariować (2010), Historia Polski 2:0 Polak, Rusek i Niemiec… czyli jak psuliśmy plany naszym sąsiadom (2015). Jako publicysta współpracuje z TVN24 i radiem Tok FM. Publikuje artykuły i felietony na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

Interesujesz się MUZYKĄ, mógłbyś godzinami GRAĆ lub oglądać nowości i starocie FILMOWE, twoją pasją jest PISANIE WIERSZY LUB PROZY, a może po prostu lubisz już napisane KSIĄŻKI.

Czytaj nas i pisz RAZEM Z NAMI!

   Kontakt

W najnowszym numerze „Gogli”:

  1. REPORTAŻ, czyli sztuka widzenia.

RUBRYKA KULINARNA, czyli co burczy w brzuchu.

HISTORIA, czyli nauczycielka życia.

TECHNIKA, czyli bieg z postępem.

Książka
Jakub Dzik 
Praca o jakiej każdy marzy?
Lena Kudelska
Heros z ADHD
Muzyka 
Zosia Królak
Patti Smith
Film
Karolina Moczyńska
Komedia na Święta
Dominik Schmidt
Ucieczka na sofę
Gry
Piotr Góral
Fallout 4
Rozmaitości
Julia Piłka
Niesamowity wyczyn pięknej dziewczyny!
Rubryka Literacka
Michalina Chobocka
Kości przeszłości
Historia 
Marcin Solarski
Czy Józef Piłsudski mógł zapobiec powstaniu bolszewickiej Rosji?
Technika
Mikołaj Bajak
Historia słuchawek
Sport 
Michał Drapała
Puchar Narodów Afryki
Reportaż
Zuza Hamilka
„Narkotyki odbierają wszystko”. 
Esej
Krzysztof Polański
Jak i dlaczego się uzależniamy?
Rozmowy „Gogli”
„Nauczyciel to jest po prostu synteza wszelkich możliwych dóbr”
Z Janem Wróblem – nauczycielem i publicystą rozmawia Marcin Solarski.

Przygotowując dziewiętnasty numer „Gogli”, wchodzimy w piąty rok istnienia pisma. Na jego łamach publikuje już trzeci rocznik uczniów „Startowej”, włączając tę dziennikarską przygodę do doświadczeń związanych z nauką w szkole z samolotem w herbie. To wydanie prezentuje kilkanaście tekstów trzynastu autorów. W większości pojawiają się oni po raz pierwszy na naszych łamach i teksty te są w ogóle ich debiutami literackimi. Tradycyjnie w okresie ferii świąteczno-noworocznych chcielibyśmy zainteresować Czytelników propozycjami kulturalnymi. Dominik Schmidt omawia nowy odcinek serii o agencie 007, Karolina Moczyńska przygląda się nowej polskiej propozycji komediowej, Lena Kudelska i Kuba Dzik piszą o książkach, po które warto w wolnym czasie sięgnąć. A są jeszcze interesujące teksty dotyczące muzyki, sportu, techniki.

Zmiana kalendarzowej daty przypomina o tym, jak szybko wszystko się zmienia. Wśród zmian, których jesteśmy świadkami w życiu społeczno-politycznym, powraca temat zmian w edukacji. Ważnym tekstem tego numeru pisma jest rozmowa Marcina Solarskiego z Janem Wróblem – jednym z współtwórców Zespołu Szkół „Bednarska”, nauczycielem i byłym dyrektorem I Liceum, historykiem, publicystą, człowiekiem wielu pasji. Rozmowa o edukacji, która pokazuje, jak istotnym jej elementem jest nauczyciel. System edukacyjny może szkodzić mu lub go wspierać. To, co najważniejsze w szkole zależne jest jednak od niego – jego ciągle poszerzanej wiedzy, motywacji, świadomości wartości własnej pracy. Uczenie i uczenie się – pokazuje przykład naszego rozmówcy – może być intelektualną przygodą, misją, ale i zabawą.

Nowe „Gogle”, jak zwykle, nie są tylko przeglądem nowości z kulturalnych sklepowych półek, lecz aspirują do tego, aby czytelników poruszyć lub zastanowić. Może uda się to dwóm ważnym tekstom – rozmowie Zuzi Hamilki z człowiekiem, który wyszedł z narkotykowego nałogu i esejowi Krzysztofa Polańskiego o mechanizmie uzależnień, który sprawia, że coś, co sprawia przyjemność, zaczyna okazywać się destrukcyjne. Warto przeczytać te teksty z uwagą. Pośród uzależnień najszlachetniejszym pozostaje prawdopodobnie czytanie i życzymy Czytelnikom, aby w Nowym Roku udało im się zredukować wszystkie inne drobne uzależnienia na rzecz tego uzależnienia. A także przyjemności, jaką daje rozmowa z bliskimi i przyjaciółmi. Niech w 2016 tych przyjemności będzie wiele!



Redakcja


„Nauczyciel to jest po prostu synteza wszystkich możliwych dóbr”


Z Janem Wróblem – nauczycielem historii i publicystą rozmawia Marcin Solarski.


Marcin Solarski: Nazywam się Marcin Solarski, pan jest oczywiście Jan Wróbel…


Jan Wróbel: Tak, Janem Wróblem. Kim, czym.


M. S.: No właśnie – kim, czym pan jest? Bardziej publicystą, czy raczej historykiem? Która z tych dwóch rzeczy bardziej pana „kręci”?


J. W.: Używając tego zwrotu „kręci”, to „kręci” mnie najbardziej dzielenie się z tym, do czego doszedłem albo tym, co ktoś już powiedział. W tym znaczeniu nie widzę wielkiej rozbieżności między pracą publicysty, historyka, nauczyciela…


M. S.: Czyli realizuje się pan poniekąd w dwóch tych rzeczach, łącząc pracę historyka z publicystą?

J. W.: No tak, bo w jednym i w drugim chodzi o to samo – żeby rzeczy trudne przedstawić w sposób prosty i jeszcze najlepiej atrakcyjny.

M. S.: Z tego samego powodu został pan nauczycielem?

J. W.: Nauczyciel to jest po prostu synteza wszystkich możliwych dóbr, bo człowiek się najpierw czegoś sam dowiaduje, potem w głowie sobie selekcjonuje co z tego, o czym się dowiedział, było dla niego ważne, choćby na pewnym etapie życia i potem, jak już ma wybrane te ważne zagadnienia, to chce się nimi podzielić z innymi ludźmi. No i wtedy musi zrobić to tak, żeby tych innych ludzi nie odstraszało.

M. S.: Dlaczego akurat na „Bednarskiej”? Jest w tej szkole coś szczególnego?

J. W.: Tutaj odpowiedź może być prawdziwa albo fałszywa. Fałszywa jest taka, że jestem na „Bednarskiej”, bo bardzo odpowiada mi atmosfera tej szkoły, a prawdziwa jest taka, że przecież współtworząc tę szkołę 26 lat temu nie miałem zielonego pojęcia, jaka ona będzie. Więc chyba polubiłem tę szkołę dlatego, że od początku mogłem ją współkształtować choć w małym zakresie, więc krótko mówiąc, mam poczucie, że jestem u siebie.

M. S.: Czyli udało się panu zrealizować wizję tej szkoły.

J. W.: Wydaje mi się, że szkoła dzisiejsza, a ta sprzed prawie 30 lat, to dwa różne światy, bo też po prostu żyjemy w dwóch różnych światach. Zatem to nie jest zupełnie ta szkoła, o której myślałem w ’87 czy ’88 roku, ale jest to szkoła, w której cały czas jestem i też jestem zmieniony, też jestem kimś innym niż w ’88 roku i to, że się człowiek zmienia wraz ze swoim miejscem pracy, a ono wraz z nim, jest przygodą, której nie każdy w życiu doświadczył.

M. S.: Czy polscy nauczyciele dobrze uczą historii?

J. W.: Jak zawsze przy takim ogólnym kwantyfikatorze trzeba powiedzieć, że wielu tak, a wielu nie i mniej więcej ta bariera jest wzniesiona w takim punkcie – czy nauczyciel chce podzielić się tym, co go samego ożywia, czy też najpierw bada, co ożywiło twórców programu i stara się niejako w ich imieniu nauczać. Moim zdaniem w tym drugim przypadku trudno jest o dobre nauczanie historii. Zdarza się, ale jest to rzadkie. Bo naprawdę człowiek może nauczyć tego, do czego jest przekonany.

M. S.: Czy pan tak stara się uczyć?

J. W.: Całkowicie. Pomijając to czy uczę dobrze, czy źle, bo tutaj jest wachlarz możliwych opinii, ale z zasady uczę tego, o czym myślę sobie – to jest rzeczywiście ważne i przez to, że ja to wiem albo, że się tego dowiedziałem, bo może mi ktoś to włożył do głowy na siłę, to później staję się lepszym człowiekiem, albo mądrzejszym człowiekiem, albo przynajmniej człowiekiem, który lepiej rozumie, co się wokół niego dzieje, chociaż już to jest bardzo dużo. Staram się w ogóle nie uczyć tych zagadnień historycznych, ważnych i ciekawych, które nie pomagają młodemu człowiekowi zrozumieć, co się wokół niego dzieje.

M. S.: Inni nauczyciele na „Bednarskiej” też tak uczą?

J. W.: Sądzę, że to jest cecha nauczycieli zaangażowanych, że „minimalizują straty”, to znaczy uczą rzeczy, które są obiektywnie ważne, ale na tym etapie ludziom młodym niepotrzebne, nie budują w nich niczego nowego, a wyolbrzymiają tę część, która jest ich zdaniem potrzebna młodym ludziom. No a uczyć rzeczy niepotrzebnych to jest prawie przekleństwo.

M. S.: Czy w polskich szkołach czegoś powinno być więcej albo mniej i czy powinno się skupić raczej na rozwijaniu jakichś konkretnych cech, a niekoniecznie na takim czystym, suchym przekazywaniu wiedzy encyklopedycznej?

J. W.: Z wiedzą encyklopedyczną jest tak, że ten, kto ją ma, to jednak stoi po prostu wyżej na szczeblu ewolucji. Czy robi z niej dobry użytek – to jest inna kwestia – ale mieć wiedzę dzisiaj, kiedy się wydaje, że wszystko można sprawdzić wszędzie, to jest po prostu niesłychana przewaga nad innymi – że ta wiedza jest w głowie. Natomiast rzeczywiście w szkołach i to zwłaszcza w gimnazjum, powinna proporcja ulec odwróceniu, czyli proporcja uczenia faktograficznego w stosunku do rozwijania rozmaitych typów cech osobowości powinna zostać odwrócona na korzyść tej drugiej. Tego jest zdecydowanie za mało. Mamy bardzo dobry system edukacyjny, jeżeli zastanowić się nad tym czego uczymy, a nie taki dobry, kiedy zastanowimy się nad tym po co uczymy.

M. S.: Czy inspirując się systemem edukacji jakiegoś innego kraju moglibyśmy ulepszyć nasz?

J. W.: Ja jestem „nacjonalistą edukacyjnym”. Uważam, że dobry system edukacyjny zawsze wyrasta z doświadczeń danego społeczeństwa. Inspirować się dobrymi doświadczeniami z zewnątrz można i należy zawsze, ale trzeba tworzyć taki system, który ma się w założeniu sprawdzić tu w Polsce i wśród nas Polaków. Nie będziemy nigdy ani Finami, ani Szwedami, ani Chińczykami, ani Amerykanami, co nie znaczy, że byśmy mieli być zamknięci na ich doświadczenie.

M. S.: Pojawiła się ostatnio w mediach i świecie politycznym propozycja likwidacji gimnazjów – czy to jest dobry pomysł? Jakie widzi pan zalety i wady takiego rozwiązania?


J. W.: Gimnazja to... naprawdę zagadnienie. Złe gimnazja trzeba likwidować, dobre dobrze byłoby zostawić. Wielka szkoda, że proponuje się reformę z gatunku "gdzie drwa rąbią, wióry lecą", ze szkodą dla edukacji – bo największą wartością polskiego szkolnictwa są udane szkoły, a nie wielcy reformatorzy.

M. S.: Czy przymus edukacji się u nas sprawdza?

J. W.: Przymus edukacyjny sprawdza się jako sposób na wyrównywanie szans dla dzieci z tych rodzin, które nie miały aspiracji edukacyjnych. Ludzie, którzy już liznęli trochę wykształcenia i uważali, że ich dzieciom też jest ono potrzebne, tylko lepsze, posyłali je do szkoły, a ci, którzy byli poza systemem edukacji uważali, że to jest ich dzieciom zbędne. Przymus złamał ten obyczaj, tę barierę. To było OK. Dzisiaj przyznam, że mocno wątpię jeśli chodzi o sens przymuszania do zdobywania dosyć jednolitej, w skali całego kraju, edukacji.

M. S.: A co z kwestią nauczania religii w szkołach?

J. W.: Pytanie o to czy uczyć fizyki w szkołach jest tak samo dobre jak to, czy uczyć religii. Częścią ludzkiego życia jest zadawanie pytań metafizycznych i odpowiadanie na nie w różny sposób. Ja myślę, że mógłbym spokojnie żyć w systemie edukacyjnym, w którym religia jest przedmiotem obowiązkowym, nie wyznawanie religii, a sam przedmiot jest obowiązkowy, tak jak fizyka. Równie dobrze mogę żyć w systemie, w którym religia nie jest obowiązkowa albo jest do wyboru, albo byłaby w ogóle zakazana. To ostatnie stanowisko wydaje mi się zawsze bardzo sztuczne.

M. S.: Inna aktualna dyskusja dotyczy systemu bolońskiego na uniwersytetach. Czy podział licencjat plus magisterium przynosi więcej pożytku czy też zaniża poziom edukacji?

J. W.: Masowość szkolnictwa wyższego okazała sie pułapką, system boloński to nonsens od stop do głów.


M. S.: Chciałbym zapytać, dość drastycznie zmieniając temat – pan napisał zbiór opowiadań kryminalnych i zatytułował go „Zbrodnia doskonała”. Skąd właściwie pomysł na to, bo wydaje się to raczej niezbyt związane z resztą pańskiej twórczości.

J. W.: Słowo „twórczość” to chyba trochę za dużo w odniesieniu do opowiadań kryminalnych. Opowiadania służą rozrywce – nie są prawdziwą twórczością. Zawsze lubiłem opowiadania kryminalne. W czasach, kiedy byłem w pana wieku, to niektóre popularne gazety zamieszczały jeszcze opowiadanie kryminalne, dosyć często były to przedruki z amerykańskich pism, które w latach ’50, ’60 drukowały bardzo często opowiadania, w tym kryminalne, a czasami były to polskie podróbki, nieraz bardzo udane, więc to był ważny segment mojego wychowania i wykształcenia ogólnego. Po latach do tego wróciłem, to jest po prostu rozrywka. Lepsza niż, powiedzmy, Counter-Strike.

M. S.: Wnioskuję w takim razie, że woli pan raczej czytać, a nie oddawać się jakimś rozrywkom wirtualnym…

J. W.: Tak.

M. S.: Jaka jest pana ulubiona książka?

J. W.: No właśnie, to się nie da tak powiedzieć – zależy od nastroju i od tego czego się w książce szuka. Jak człowiek chce tak po prostu odpocząć, to bym polecał „Pięć małych świnek” – wybitna powieść Agathy Chrisite. A jak się chce rozumieć XIX wiek, to najlepiej przeczytać książkę „Wojna końca świata” autorstwa Mario Vargasa Llosy, to jest bardzo dobre. Dzieje się w Brazylii XIX-wiecznej. Każdemu polecam.

M. S.: Bardzo dziękuję za rozmowę.


 

RUBRYKA LITERACKA, czyli

  odpowiednie dać rzeczy słowo.

  1. ROZMAITOŚCI,
    czyli las rzeczy.

GRY, czyli jak poruszać się

   w wirtualnym świecie i przetrwać.

FILM, czyli co myślimy o tym,

   co widzimy (na ekranie).




MUZYKA - co nam gra.

  KSIĄŻKA, czyli co czytamy -

   polecamy, odradzamy.